Sobota i niedziela to najtrudniejsze dla mnie dni co chodzi o dietę ponieważ prowadzę własną szkołę językową i najwięcej grup uczęszcza na kursy językowe w weekendy.
W te dni jestem więc w szkole od rana do wieczora (nawet jeśli nie uczę sama to nadzoruję nauczycieli, których zatrudniam lub zajmuję się sprawami biznesowymi) i właśnie w te dni najczęściej upadałam (bardzo nisko!) co chodzi o dietę - mało czasu, dużo stresu, najprościej było wyskoczyć do McDonalda czy KFC - szybko, tanio i po drodze, dzięki McDrive nie trzeba nawet wychodzić z samochodu... Śniadania jadłam więc w samochodzie w drodze do szkoły - zwykle 'breakfast wrap' i herbata z 4 saszetkami cukru.
Lunch w polskiej restauracji albo w 'China Moon' - lokalnej chińskiej restauracji typu "all you can eat" (czyli "ile tylko zdołasz zjeść") - płacisz jedną sumę i bierzesz tyle dokładek, ile dusza zapragnie aż napchasz się do tego stopnia, że zastanawiasz czy wstawać czy posiedzieć z 5 minut aż się ułoży, żeby nie zwymiotować gdzieś po drodze a pod koniec dnia późny "obiad" albo w Mac'u (jeśli byłam sama) albo w jakiejś lepszej restauracji (jeśli miałam spotkania biznesowe). Wszystko fajnie dopóki gumka w majtkach przestaje się rozciągać...
Nie byłam z siebie dumna żyjąc w ten sposób i zdecydowanie nie byłam dumna z faktu, że tyłek mi rósł i brakowało mi pasa w samochodzie ale waga utrzymywała się na stałym poziomie - 150kg - więc nie mogły być aż takie złe te BigMac'i...
Aż pewnego dnia, po 3 latach małżeństwa i braku dzieci na horyzoncie, mój mąż zaproponował abyśmy zrobili dokładne badania na bezpłodność, dowiedzieli się w czym dokładnie tkwi problem i być może dałoby się to jakoś wyleczyć. Na jednym z pierwszych spotkań zważono mnie i zmierzono i... wielkie było moje zdziwienie gdy na swojej karcie medycznej zobaczyłam wagę 155kg. Wróciłam do domu, stanęłam na swojej i nadal ważyłam 150!
Okazało się, że moja domowa waga miała maksymalne obciążenie 150kg (!), którego wcześniej nie zauważyłam i mogłam tak żyć kolejne 5 lat i nie zauważyć, że dochodzę do 160, 170, 190, 250 i 300kg! A potem podnosiliby mnie specjalnymi podnośnikami z łóżka i przemywali mi raz dziennie odleżyny jak w tych programach o grubasach... Te osoby przecież nie rodzą się w takich rozmiarach tylko muszą się sami doprowadzać do takiego stanu więc gdzieś po drodze również ważą 120, 130 i 150. Przestraszyłam się. Może to "tylko" 5kg więcej ale przestraszyłam się wizji tego, co mogłoby się stać i wtedy wszystko się zaczęło.
O tym jak się zaczęło moje poszukiwanie zdrowej drogi napiszę innym razem ale dziś chciałabym skupić się na tym JAK z osoby uzależnionej od McDonalda, która nawet ślubną sesje zdjęciową zrobiła sobie w Mac'u...
...powoli (i w bólach) przeradzam się w osobę, która przed pracą je owsiankę a do pracy bierze sałatkę. Odpowiedź zawrę w tylko jednym słowie: PLANOWANIE! To naprawdę nie jest trudne ani czasochłonne przygotować obiad gdy ma się kupione składniki i wie się dokładnie co będzie się przygotowywać. Problem tkwi w tym, że nie potrafimy planować a planowania uczy się długo i w wielkich bólach.
Ja zawsze wstawałam rano, leżałam zbyt długo, ignorowałam budzik, zasypiałam na kolejną godzinę, budził mnie mąż pytając czy nie mam przypadkiem na 9, ja w panice wbiegałam pod prysznic, makijaż robiłam w samochodzie a jedzenia w domu nie miałam nawet w planie bo i tak niczego nie było w lodówce więc... McDonald's zawsze był po drodze.
Teraz kupiłam sobie w Ryman Stationery specjalny zeszyt z listą rzeczy do zrobienia na każdy dzień i PLANUJĘ, że na śniadanie zjem pastę z jajek i groszku do której muszę dokupić jajka bo groszek mam, na lunch zjem zupę warzywną do której muszę dokupić to i tamto i mając wszystko zaplanowane i czekające na mnie w lodówce mogę przygotować większość posiłków w pół godziny lub noc wcześniej jeżeli wiem, że będzie ciężko z czasem kolejnego dnia.
Bez planowania nie ma odchudzania! :)
Tak naprawdę bez planowania nie ma sukcesu w żadnej dziedzinie życia. To moje największe odkrycie ostatnio.
A więc dziś moja dieta wyglądała następująco:
Po przebudzeniu:
Ciepła woda z miodem i cytryną
Plasterek arbuza
Shake proteinowy
Pół godziny Nordic Walking
Śniadanie:
Owsianka na mleku kokosowym z owocami i prażonymi nasionami dyni i słonecznika
Lunch (przygotowany wcześniej i wzięty do pracy w pojemniku):
Łosoś pieczony w piekarniku w naczyniu żaroodpornym z masłem, pietruszką i sokiem z cytryny, kapusta pekińska (tylko kilka listków), liście pietruszki, bazylii, mięty i kolendry, szczypiorek, papryka, marchewka i pomidorki koktailowe, polane polskim, organicznym olejem lnianym LenaOil (do kupienia na stronie: http://achlifestyle.co.uk) i posypane solą himalajską.
Obiad:
Ponieważ jechałam na nieplanowaną wizytę do znajomych potrzebujących pilnego tłumaczenia, których mogłam wcisnąć jedynie w mojej godzinnej przerwie obiadowej, zamiast szybkiego McDonald'a pojechałam do Morrison'a i stworzyłam sobie własną sałatkę z ich baru sałatkowego:
oraz kupiłam dwa, jeszcze gorące, pieczone udka - kosztowało mnie to £2,50 za sałatkę i funta za kurczaka - na pewno ktoś się przyczepi, że niekoniecznie jest to rozwiązanie idealne ale - jak dla mnie - najlepsze w danych okolicznościach.
Kolacja
Kolację jadłam już w domu i zrobiłam sobie tylko mozarellę z pomidorami, porem, kiełkami, oliwą z oliwek i przyprawami.
Tak więc podsumowując i analizując swój własny przypadek, uważam że nie ma czegoś takiego jak brak czasu bo KAŻDY z nas dostaje 24 godziny w ciągu doby i jedni góry przenoszą w tym czasie a inni wstają o 15 i marnują swoje życie więc problem tkwi jedynie w braku organizacji i nieumiejętności planowania.
Polecam Wam zakup takiego lub podobnego zeszytu - widziałam podobne w Tesco's za £2 i duży wybór jest również na Amazonie i eBay'u (wpiszcie 'To do list book' lub 'Things to do today'). Dla bardziej technologicznie zaawansowanych osób istnieje również mnóstwo darmowych aplikacji do planowania zadań na telefon i tablet.
Pamiętajcie: bez planowania nie ma odchudzania! :)






